Kraków zasypia. Kraków zasypia o godzinie czwartej, w przedświcie. W przedświcie, który jest wspomnieniem nocy i zapowiedzią dnia.
Wychodzę ze stylowej i obskurnej kamienicy, żegnając się z moimi towarzyszkami. Zombie-wampir podaje mi rękę. Skręcam z Dietla w Stradomską i dokładnie wtedy zauważam przedświt. Od tej chwili wszystko jest historią, którą staram się zapamiętać i stworzyć. Bo przedświt to rzeczywistość stająca się fikcją
Wracam wspomnieniami do tej nocy, która zdaje się ciągle trwać. Siedzę samotnie na kanapie, zastanawiając się, co ja tu właściwie robię - to ten moment każdej imprezy, kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo nie pasuję, jak bardzo brakuje mi umiejętności społecznych, by tak po prostu wchodzić między obcych ludzi. Chcę uciekać.
Stradomska zmienia się w Grodzką. Mijam dwóch mężczyzn i dwa samochody. Zastanawiam się, co robią w tym miejscu o tej porze i jednocześnie podejmuję decyzję: skręcam w lewo przy Wawelu. Ciekawe, jak wygląda Wisła o tej porze. Kraków śpi, i tylko ptaki śpiewają jak pijane.
Siedzę z Nią na kanapie i wiem, że już jestem pijany. Wino kwitnie w moich ustach pełnią smaku.
- Mam ochotę wyjść na deszcz - mówię.
- To chodź - odpowiada z uśmiechem.
Więc idziemy. Kamienica otacza nas z czterech stron swoimi surrealistycznymi murami. Jezioro rosnące pośrodku jest jeszcze bardziej surrealistyczne. Stoimy na jego brzegu, w mżawce. Jestem pijany, więc dopiero po chwili spostrzegam:
- Za mało pada.
Ale w tej chwili nic nie wydaje się problemem. Wznoszę twarz w górę i mówię:
- Niech pada mocniej.
I zaczyna. Oto moja magiczna inicjacja, oto mój pierwszy rytuał. Sprowadzenie deszczu. Drobnostka.
Wspólnie mokniemy. Rozmawiamy o szczerości i winie.
- Powiedz mi coś od siebie - mówi Ona.
- Wszystko, co mówię, jest ode mnie - odpowiadam. Jestem pijany. - A jeśli nie, to dlatego, że cały jestem milczeniem.
Postępuję kilka kroków w tył, wykonuję chwiejny obrót, lądując w jeziorze pośrodku patio.
- Ty naprawdę jesteś pijany - mówi Ona. - Zataczasz się.
Część mnie przyznaje jej rację, druga część prostuje:
- Ja się nie zataczam, ja tańczę.
I tak jest w rzeczy samej. Zastanawiam się, czy w tym momencie, w deszczu, z Nią, na patio, to prawdziwy ja, czy może tylko alkohol.
- Wiesz, mam już dość wina na dziś - mówię do Niej. - To tak, jak wczoraj: trzy kieliszki pozwoliły mi poczuć pełnię smaku wina. Czwarty był zupełnie niepotrzebny, bo w czwartym tkwił rozkład wina.
Ale może tak ma być? Może tak właśnie należy?
- Chodźmy do środka.
Idąc wzdłuż Wisły mijam chłopaka. Patrzymy na siebie długo i znacząco. Zmiana warty, on dopiero wychodzi. Wciąż się chwieję, choć nie jestem pijany. A może nie zdaję sobie z tego sprawy?
- Why are you staring at me? - pyta Litwinka. Odpowiadam:
- Because you are there.
Podnosi się z miejsca i usuwa.
- Now I'm not; you can stop that.
A ja tylko odpowiedziałem uśmiechem na jej spojrzenie.
Ptaki cichną nad rzeką. Hotel Sheraton wydaje dźwięk, jakby ulatniał się z niego gaz. Nad samym brzegiem Wisły kwacze kaczka. Odpowiadam jej po kaczemu, sam nie wiem co. Jestem pijany.
Wino nie zaczęło się rozkładać, wino w cudzie transfiguracji przemieniło się w wodę i tak właśnie je piję. Nie wiem, czy to deszcz, czy wino, ale jestem taki, jaki zawsze chciałem być. Obiecuję sobie, że zapamiętam to uczucie i będę taki jak zawsze. W tej chwili jestem z tymi ludźmi. I jest cudownie.
A jednak nie cały Kraków śpi. Przy kamiennym stoliku siedzi para. Słyszę, że rozmawiają i zastanawiam się, o czym. Kawałek dalej na murku siedzi dwóch mężczyzn. Jeden pociąga spory łyk z puszki, podaje ją drugiemu. Ich historie to inne przedświty, których nigdy nie opiszę.
Na schodach się potykam. Myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło i o tym, co się dopiero wydarzy. Kraków śpi, a ja jestem pijany. Jest jutro.














Comments